Wreszcie – Ogólnopolska Offensywa Teatralna!

W Łodzi, w siedzibie Teatru Chorea i Fabryki Sztuki, 1 czerwca odbył się nieformalny ogólnopolski zjazd przedstawicieli i liderów teatru niezależnego. Został zwołany ad hoc na Facebooku. Pomysł zrodził się przy rozmowach o potrzebie dokumentowania polskiego offu. Pismo „nietak!t” zadeklarowało, że poświęci całe kolejne numery na prezentację teatru niezależnego.

We Wrocławiu przy piwie, na które o mały włos dałbym się zaciągnąć (byłem tam wtedy, ale prowadziłem warsztaty) Kasia Knychalska i Daniel Jacewicz rzucili pomysł, żeby off jakoś się zorganizował, a przynajmniej spotkał i wymyślił sposoby na wspólne działania, obrał drogi rozwiązywania wspólnych problemów.

Zaproponowali, żeby taki zjazd odbył się u nas, bo Łódź jest w środku Polski. W ciągu paru dni chęć udziału w spotkaniu zgłosiło ponad sześćdziesiąt osób z całego kraju! Ostatecznie lista uczestników wzrosła do osiemdziesięciu. To znaczy, że mimo zerowej promocji, zerowego zainteresowania mediów publicznych i prywatnych, off jednak żyje. Musi żyć, skoro nagle tylu ludziom na czymś zależy, chcą walczyć o swoje prawa i są w stanie na gwizdek zjechać w środku tygodnia na własny koszt z różnych stron Polski. Na szesnaście województw zabrakło przedstawicieli tylko dwóch.

Wszystko to jest jakby wbrew zeszłorocznej diagnozie Łukasza Drewniaka, którą zawarł w  tekście Uff… czyli off w „nietak!cie”( skądinąd w dużej mierze niezwykle trafnej). Odebrałem ten jego głośny tekst o śmierci offu jako prowokację, wbijanie kija w mrowisko, żeby zacząć dyskusję o niezależności teatru i sztuki w ogóle.

Mieliśmy więc 1 czerwca w Łodzi jeszcze jeden dowód na to, że jak czegoś nie widać, to nie znaczy, że nie istnieje. Tak jak z duszą. Nawet jeśli świat chce inaczej. Słyszałem kiedyś, jak pewien młody człowiek powiedział do dziennikarza, który go krytykował: „Pan nie ma nawet profilu na Facebooku, pan nie istnieje”. Tak też patrzą na off politycy, lokalne władze, sponsorzy, media i spece od promocji. Nie ma was w mediach społecznościowych czy publicznych, to znaczy, że nie istniejecie! Ogólnopolska Offensywa Teatralna ma być także po to, żeby stworzyć sieć wymiany informacji, żeby w publicznej recepcji mogli zaistnieć ci, których do tej pory nie zauważano, a którzy robią rzeczy o wiele istotniejsze niż większość chłamu pokazywanego w „księdze twarzy”.

Wbrew pozorom spotkanie w Łodzi nie przebiegało pod hasłem „jak jest nam źle”. Skupialiśmy się na tym, by ruszyć do przodu, stworzyć inicjatywy pozwalające na większą reprezentatywność, wypracować sposoby wspomagania się w sytuacjach zagrożenia.

W tym ostatnim aspekcie padł przykład Teatru Realistycznego ze Skierniewic, który po latach działalności i rewelacyjnych akcjach społeczno-artystycznych musiał zakończyć swoją historię w Skierniewicach, bo wiceprezydent miasta stwierdził, że nie będzie świętym Mikołajem i cofnął dotację, pozwalającą zespołowi opłacać salę do pracy. Takie kaprysy lokalnych władz bardzo często zabijają teatr, który tworzy spektakle bez żadnych środków, wyłącznie w oparciu o entuzjazm i bezinteresowność młodych twórców. Jako środowisko polskiego offu powinniśmy wyraźnie stanąć po stronie Teatru Realistycznego i domagać się zmiany decyzji nieodpowiedzialnych władz miasta. To tylko jeden przykład, do czego mogłaby posłużyć Ogólnopolska Offensywa Teatralna.

A skąd taka nazwa? Offensywa Teatralna? To ma być dobry omen. Istnieje już Zachodniopomorska Offensywa Teatralna, która powstała trzy lata temu i łączy 18 zespołów teatralnych swojego regionu. Wielokrotnie okazała się ona bardzo skuteczna w rozmowach z władzami w swoim regionie. Grupy spotykają się jako ZOT, gdy należy wspólnie działać lub wymieniać informacje i pomysły, a także pożyczać sobie sprzęt czy przestrzeń do pracy. Co roku układają wspólnie kalendarz wydarzeń w regionie, żeby się nie dublować, nie nakładać się terminami i nie podbierać sobie publiczności. O tym, jak działają, opowiedzieli nam w Łodzi. Gdyby taką formułą objąć całą Polskę, nikt nie mógłby tego zlekceważyć, zignorować czy łatwo zmanipulować.

Referowanie przebiegu spotkania nie ma tutaj sensu. Było gorące i energetyczne. Najważniejsze jest to, co zostało ustalone. Konkrety, które ustaliliśmy, dają nadzieję, że to nie będzie ciało-hybryda, zlepek różnych protestów, wydmuszka do pokazywania się na zewnątrz, ale prężnie działająca grupa uderzeniowo-interwencyjna z kompetentnymi konsultantami, stroną www, przedstawicielami w każdym województwie i zapleczem do działań, warsztatów i spektakli. Powołaliśmy kilka grup roboczych (m.in. informacyjną, promocyjną, finansową, infrastrukturalną, badawczą, edukacyjną) i przedstawicieli poszczególnych województw, którzy zbiorą dane o teatrach offowych i będą łącznikiem z pozostałymi regionami. Brzmi jak jakaś bajka, ale to naprawdę jest możliwe. Możemy zacząć zmieniać optykę tych, którym daliśmy mandaty, by zarządzali naszymi podatkami. Zmienić optykę z biesiadno-fajerwerkowej wizji kultury na twórcze, partycypacyjne działania w sztuce zorientowanej na proces i trwałe zmiany w lokalnych społecznościach. Działanie uwzględniające edukację poprzez sztukę we wszystkich pokoleniach, odnoszące się często do kontekstu społecznego swojego środowiska, nakierowane nie na elity, lecz odbiorcę, który nie sięgnie do kieszeni po stówę za wejście do teatru, ale pójdzie do niego, jeśli nie będzie musiał wkładać garnituru i powiedzą mu tam o rzeczach, które go dotyczą.

Gdy rozmowa zaczęła dryfować w stronę, co ile kosztuje, zadałem pytanie, czy jest jakaś idea będąca spoiwem naszych działań, coś, czym moglibyśmy definiować naszą niezależność i offowość. Natychmiast pojawił się paradoks wynikający z nieadekwatności słowa „niezależność” wobec grup działających zależnie od tego, czy dostaną środki, salę, sprzęt. Więc rodzi się pytanie, od czego albo wobec czego ta „niezależność”. Dla mnie jest ona prosta do określenia. Nie mówimy tu o niezależności organizacyjnej, finansowej czy przestrzennej. W każdym wypadku wygląda to inaczej i więcej tu zależności niż niezależności. Mówimy o niezależności duchowej i twórczej, o wspólnotowości, o autorskich teatrach, o niezależności polegającej na tym, że nie muszę robić teatru, bo to jest mój zawód, ale że chcę go robić, bo definiuje moje życie.

Na spotkaniu w Łodzi podzieliliśmy się też opowieściami o sytuacjach, problemach i walkach poszczególnych grup, o projektach i możliwej współpracy między teatrami, i o oczekiwaniach wobec Offensywy. Zostało postanowione, że na razie nie powołujemy żadnego formalnego ciała ani organizacji, że na tym etapie liczba zadeklarowanych uczestników jest ważniejsza niż forma organizacyjna. Trzysta nazw teatrów umieszczonych pod listem do ministra kultury więcej znaczy niż zawiązana organizacja. Luźna formuła będzie mogła objąć większą liczbę uczestników.

Można odnieść wrażenie, że mówię tu o jakiejś małej grupce entuzjastów, którzy nie mają wiele do powiedzenia. Przywołajmy więc statystyki: teatrów repertuarowych, instytucjonalnych jest w Polsce ponad sto. Teatrów niezależnych, offowych działających w różnych formach organizacyjnych lub bez tych form – sześć razy więcej. Według teatrologów prawdziwa liczba może wahać się nawet pomiędzy 700 a 800, ponieważ wiele takich teatrów nigdzie się nie rejestruje. Jest więc o czym mówić i jest o co walczyć. To ci artyści i animatorzy mogą poza wielkimi centrami zmieniać „fastkulturę” na slow art, na proces, udział, długofalowość, nowoczesność i współdziałanie lokalsów. Mogą zmieniać na trwałe świadomość i kreatywność swoich odbiorców. Przykład to Goleniów, Wadowice czy Sejny, Teremiski czy Policzna. Ale muszą mieć wsparcie, chociażby dziesięć procent tego, co pochłaniają molochy od popkultury i gwiazdy szołbiznesu. Muszą o sobie wiedzieć, współdziałać, wymieniać się najlepszymi pomysłami i praktykami i nie naginać się do koniunktury, ale koniunkturę naginać do siebie i swoich idei.

Następne spotkanie Offensywy już pod koniec września…

Tomasz Rodowicz


Źródło: teatralny.pl, 24-06-2016

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *