Joanna Targoń – „Panakeia” – Teatr Nowego

Koniec świata na dwie osoby

Te dwie osoby to Ewa Chmielewska i Dominik Smaruj, aktorzy szczecińskiego offowego Teatru Nowego (nie jest to Teatr Nowy, ale Teatr Nowego, dawniej Teatr Na Chwilę). Ewa Chmielewska jest nie tylko aktorką, ale też autorką „Panakei”.

Spektakl jest skromny – do pokazania „Panakei” wystarczy kawałek podłogi, nie ma tu dekoracji ani rekwizytów; ważne są światła, no i przede wszystkim aktorzy: Ewa Chmielewska, drobna dziewczyna o wyglądzie nastolatki i Dominik Smaruj, facet duży i barczysty. „Panakeia” zaczyna się sceną jak z horroru o okrutnych dzieciach: Chmielewska rozmawia z Bogiem, zwierzając się mu (i widzom) ze złych uczynków: od wyrwania skrzydełek i trąbki komarowi, przez wydłubanie oka zezowatemu koledze, po doprowadzenie babci do śmierci (w czym pomógł jej diabeł). Dziewczyna jest miła, uważa, że właściwie zrobiła niektórym z ofiar przysługę, bo babcia chciała umrzeć, a koledze wydłubała zezujące oko. Na to odzywa się Bóg, dotyka głowy dziewczyny i ta zasypia. Ale nie będzie ciągu dalszego, Bóg – wbrew oczekiwaniom widzów – nie wyciągnie wniosków i nie ukarze dziewczyny.

Przechodzimy do następnej sceny. Okazuje się, że zostało już niewiele czasu – czterdzieści dwie minuty. Chyba do końca świata. Trzeba coś przeżyć, chłopak już nie jest Bogiem, ale zwykłym człowiekiem, pracującym w supermarkecie tak, że nie ma czasu na życie. Na życie i tak nie będzie miał czasu, bo właśnie nadciąga apokalipsa: rząd rosyjski za kilka godzin wystrzeli siedem – a może 7 milionów bomb atomowych. Apokaliptyczne opowieści następują jedna po drugiej: on opisuje piekło, ona zagładę miasta. Może to prawda, może fikcja, może sen, ale w kolejnej scenie oboje idą przez ulice pełne trupów – ona przodem, rzucając przed siebie chusteczki i ostrożnie po nich skacząc, on za nią. Zmiana – on biegnie do wyroczni, bo musi uratować świat. Dostaje buteleczkę ze specyfikiem, pije, nabiera siły superbohatera; nie uratuje jednak świata, bo specyfik okazuje się gencjaną i jedynym efektem jego działania są fioletowe usta.

Można jeszcze się schronić przed apokalipsą – w schronie, na którego poszukiwanie wyruszają bohaterowie. I znajdują ten schron, zadowoleni z gniazdka śpiewają radośnie, acz niecenzuralnie: „Na ch… ci dom, kup se schron”. Lecą w tym schronie w kosmos, machają do Boga. A ludzi poza nimi już nie ma. Świat się skończył.

W „Panakei” mówi się o końcu świata, ale nie do końca serio, jakby aktorzy testowali różne opowieści, różne koszmary nawiedzające człowieka nad ranem. Że nie zdąży się nażyć, że zostało już mało czasu, że ktoś zadecyduje o końcu świata ot tak sobie. Testowanie przebiega szybko, aktorzy sprawnie i często zaskakująco zmieniają tonacje, przechodząc od zgrywy i zabawy do powagi i z powrotem. Robią teatr wymagający sporych umiejętności aktorskich i dyscypliny, bo nie da się tu ukryć za inscenizacją. Prosty i w tej prostocie ujmujący.

Joanna Targoń


Źródło: http://sztukawspolczesna.org/recenzja/2014-2015/204/koniec-swiata-na-dwie-osoby